top of page
Szukaj

Warto udać się do terapeuty.


Co dla mnie znaczy to całe "hu-hu"?

Kiedy klasyfikuję uwarunkowanie jako chorobę?


Posłuchaj, zobacz i podziel się swoim zdaniem, jak Ty to czujesz.


A ja zadam Ci pytanie:

Jak może zmienić to Twoje myślenie i czucie o sobie oraz świecie, jeśli nie ma chorób, a są uwarunkowania, które wystarczy odpowiednio zrozumieć?

Co, jeśli nie jesteś w żaden sposób chory/a - co Ty na to? Niezależnie od tego, co obecnie czujesz i Ci dolega.

Co wtedy?


 

Opowieść Miłosza, czyli moja ;)


Pierwszy raz zapisałem się do psychologa na NFZ w wieku 21 lat, czyli prawie 9 lat temu. Cóż, był to duży niewypał... choć w pełni wartościowe doświadczenie. Nie wiedziałem, o co mi chodzi, ale chodziło mi o to bardzo mocno i liczyłem na to, że ktoś pomoże mi odkryć, co we mnie siedzi i powoduje ten specyficzny stan emocjonalny. Cóż, usłyszałem, że mam przyjść dopiero wtedy, kiedy będę wiedział, z czym w ogóle przychodzę.

Ponad rok wcześniej zacząłem swoje pierwsze praktyki duchowe, nie wiedząc zupełnie, co jest grane. Wtedy otworzył mi się bardzo mocno temat taty, któremu w pełni świadomie powiedziałem, że z poziomu racjonalnego, dorosłego, dojrzałego, to ja mu dziękuję, że dał mi przykład, aby nie poświęcać się dla kogoś i iść za swoim głosem serca w kierunku spełnienia miłości osobistej, ale z poziomu dziecka, to straszny z niego chuj, który rozbił naszą rodzinę.

Już wtedy byłem świadom co najmniej dwóch obozów, które we mnie istniały, a na praktykach duchowych dowiedziałem się, że jestem uzdrowicielem.

No, to start kolejnej przygody!

Bo, mówiąc szczerze, to już od 14 roku życia wiedziałem, że coś jest do zrobienia, ale wtedy obudowałem wpół świadomie swoje serce i byłem po prostu emo nastolatkiem.


Pierwsze spotkanie z psychologiem było dość niesmaczne, więc zaprzestałem dalszych poszukiwań i zająłem się rozwojem kariery zawodowej w branży marketingowej, reklamowej slash filmowej.

Ten okres obfitował w doświadczenia, z którymi przyszło mi pracować ostatnimi latami i zapewne jeszcze kilka razy do mnie wrócą. Obecnie jest to ogrom narzędzi do tego, abym robił to, czym się obecnie zajmuję, czyli prowadzeniem swojej działalności, rozumieniem i ustalaniem wolności oraz odpowiedzialności w swoim życiu i oczywiście wspieraniu Was, którzy tego właśnie potrzebują, a ja mogę oświetlić nieco ciemniejsze zakamarki drogi czy przystrzyc krzaczki.


Mówiąc w skrócie, dorobiłem się silnych stanów depresyjnych, po części depresji, którą przykrywałem nałogiem palenia pewnej roślinki, która otula płaszczem matczynej miłości, fobii społecznych, wachlarza lęków, wypalenia zawodowego, otwartej drogi do początku jazd schizofrenicznych, być może pewnego delikatnego rodzaju dwubiegunówki lub większej ilości osobowości wewnętrz, poczucie własnej wartości było na różnych końcach jednego kija (dno albo narcyz) i... pewnie jeszcze wiele innych potencjałów.

Cóż, było to bardzo potrzebne, choć... kurcze... no, kiedy przyszło mi sobie uświadomić, w jakim realnie byłem stanie, to było to dość bolesne. Taki też jest proces uzdrawiania.


Miałem wybór - psychotropy czy Ayahuasca?

Skorzystałem z Ayi, jako pierwszego w życiu środka psychodelicznego - na tamten czas.

Generalnie nie polecam, chyba, że Cię woła :)

O tym nie będę się więcej rozpisywać, zrobiłem więcej hardcorowych rzeczy w tamtym czasie.

Wrócę do myśli wobec terapii.


Zapodałem sobie terapię szamańską, zmieniłem całe swoje życie prywatne i zawodowe, rozpocząłem autoterapię, a także terapię energetyczną, Theta Healing na tamten moment.

Ta technika przyszła do mnie jeszcze na chwilę przez Ayahuascą i pomogła mi uzdrowić ogromny kawał relacji z ojcem. Po niej również była mi dużym wsparciem, jak również ukończyłem kilka kursów, które umożliwiły mi pracę z innymi.


Byłem już odkrywającym siebie, młodym magiem i poszedłem z tym w świat, na ile potrafiłem.

Ah, do tej pory pamiętam, jak jechałem na targi w Warszawie z trzema torbami i blatem stołu pod pachą linią metra M1 - naprawdę włożyłem wszystkie siły, jakie miałem.

Ale, do rzeczy - mimo tego, że już działałem w swoim, zgłębiałem wiedzę z tego zakresu, odkrywałem niesamowite kosmosy, to w pewnych sferach, choćby społecznych, ciężko było mi sobie poradzić, skoro na każdym kroku widziałem coraz więcej.


Poszedłem wtedy do psychologa, takiego klasycznego bym powiedział i... cóż, to było na tamten moment oburzające dla mnie. Już na pierwszym spotkaniu dowiedziałem się, że po 20 minutach rozmowy jestem wstępnie diagnozowany pod kątem schizofrenii. Teraz mam znacznie więcej wglądu w to doświadczenie i mogę powiedzieć, że najważniejszym, czego na tamten moment potrzebowałem, to zwyczajnie AKCEPTACJI, przyjęcia mnie takiego, jakim jestem, ponieważ większość życia żyłem z poczuciem odrzucenia, aż nauczyłem się odrzucać również siebie.

Pisząc to teraz, wciąż mam w sobie emocje i płonie we mnie ogień.

To już nie jest czas i moment na użalanie się nad sobą (co wiele lat było bardzo kuszące), ale... były trudne i piękne momenty. Powiem tyle - naprawdę cieszę się, że jestem.


Po kolejnej nieudanej próbie dałem ostatnią szansę temu rodzajowi terapii i zapisałem do mężczyzny (poprzednio były kobiety).

Ciekawy paradoks - mimo preferencji mężczyzn w relacji związkowej, miałem mnóstwo oporów, lęków i niechęci wobec płci męskiej, a jestem przecież mężczyzną. To dość ciekawy bigos do zjedzenia ;)


I wtedy spotkałem się z niesamowicie pięknym doświadczeniem terapii, ponieważ... to dokładnie było to, czego potrzebowałem.

Mimo tego, że opowiadałem o swoim "magicznym" świecie, nie zostałem uznany za nienormalnego i odklejonego od rzeczywistości, co sugerowała mi większość najbliższych, rodziny i społeczeństwa. Mimo tego, że nie był to jego świat, co mówił z pełną i spokojną otwartością, to otoczył mój zrozumieniem i zaoferował mi wsparcie poza swoimi zdolnościami profesji, a mianowicie konkretną część książki dotyczącej życiorysu Carla Junga.

Następnie postanowił swoją diagnozę wobec mnie, a raczej wyraził swoją specjalistyczną opinię na temat mojego stąpania po ziemi. Nie zauważył, abym nadto bujał w obłokach w oderwaniu od ziemi. Bardzo świadomy siebie i świata, młody człowiek, który twardo stąpa po ziemi - swojej ziemi. Nie było potrzeby kontynuowania terapii, chyba, że chciałbym się wygadać.

Piszę to i czuję ogromną wdzięczność i miłość dla tego człowieka i siebie z tamtego czasu. To właśnie przez świat, który mnie odrzucał potrzebowałem akceptacji na tamten czas - i on mi ją dał.


Poszedłem dalej i wkroczyłem znacznie mocniej, pewniej na swoją ścieżkę.

Moją dziedziną jest praca z energią, mistycyzm profesji uzdrowiciela, maga, droga duchowa.

Mogłem wybrać - pieniądze czy ezoteryka? Wybrałem ezoterykę ;)

I mam wobec tego przeogromny potencjał!

I wiem, oh, jak bardzo i słabo wiem o tym, jak jeszcze wiele przede mną. Jak dużo wiem, a jak wiele mogę się jeszcze dowiedzieć, bo wiem tak... wiele i niewiele.


Puenta tego tekstu?

Próbuj, odkrywaj siebie i korzystaj ze wsparcia innych - po to tutaj jesteśmy i też przeszliśmy - wciąż przechodzimy - swoją drogę :)

Warto udać się do terapeuty.

Jesteś super! <3 Uwierz w to i poznawaj ;) 


 

Jeśli potrzebujesz wsparcia, napisz do mnie :)



Miłosz Zaremba Terapeuta Holistyczny Miłodzieło

Miłosz Zaremba - Terapeuta Holistyczny

 
 
 

Comments


bottom of page